Witam Was,
postanowiłam, że wyrzucę z siebie co nieco, tam gdzie jestem nieznana.
Dwa lata temu zaczęłam zmieniać swoje przyzwyczajenia, więcej ćwiczyć- chciałam nie być taka zwykła, pospolita. Podobały mi się chudziutkie dziewczyny, zawsze z wielkim podziwem patrzyłam na te drobne kobietki, które miały łydkę jak ja przedramię. Jak im się coś takiego udawało? Głodziły się czy zostały tak obdarzone przez naturę? Nie mówię, że byłam jakaś gruba, byłam normalna. Wzrost blisko 170 cm , a waga 57-58 kg, sylwetka w porządku, na brzuchu np nigdy nie miałam tłuszczu, byłam generalnie umięśniona ( może przez to, iż byłam w dzieciństwie bardzo aktywna fizycznie, takie dziecko lasu :D , biegałam, brałam udział w zawodach, łaziłam po drzewach, walczyłam z kolegami na miecze...) Nie uważałam się za grubą ani nic, ale jednak za taką byle jaką. W końcu ( właśnie dwa lata temu mniej więcej ) zaczęłam uważać, że mam takie uda niefajne, no niby normalne, ale chciałabym szczuplejsze, takie piękne... Nie sądziłam jednak, że kiedykolwiek takie osiągnę. Najpierw zaczęłam częściej ćwiczyć, potem odstawiłam moje ukochane parówki ( kiedyś byłam znana z tego, że to było moje główne danie ) , w sumie nie ma nic złego w tym, że je odstawiłam, bo nic zdrowego tam nie ma, ale jednak bardzo je lubiłam; potem zaczęłam ograniczać słodycze, potem całkiem je wyeliminowałam, przestałam robić sobie płatki czekoladowe z mlekiem i jadłam tylko owsiane ( też je lubiłam ) ; potem odstawiłam słodzone jogurty i inne produkty, do których dodaje się cukier bądź coś takiego; sam cukier też wyeliminowałam- przestałam słodzić herbatę, owsiankę, kawę inkę- wszystko po prostu- zero cukru; pokochałam jabłka ( bardzo się z tego cieszę ) , mogłam je jeść tonami; przestałam robić sobie smażoną kiełbasę na patelni ( to istotne dlatego, że kiedyś często sobie robiłam takie posiłki ); przestałam smażyć na oleju cokolwiek ; zaczęłam poznawać kaloryczność produktów; do szkoły zaczęłam brać tylko jabłka, a śniadań przez pewien czas i tak nie jadałam. Od ubiegłych wakacji się nasiliło: zaczęłam więcej ćwiczyć- rozpoczęłam robienie skalpela Chodakowskiej co drugi dzień , czasem jakieś wyzwanie. W wakacje wgl nie jadałam śniadań; nie zrezygnowałam jednak z tostów ( mojej wielkiej miłości ) , ale ochudziłam je ( sam ser, warzywa ), robiłam np z 2 kromek - takie coś , to mój największy posiłęk dnia ; potem przestałam jeść jasne pieczywo ; raczęłam do owsianki lać tylko troszkę mleka, a reszta to woda, nie dodawałam oczywiście cukru, więc kawałek jabłka do niej ścierałam ( owsianki 3 łyżki ) ; zero ciast nawet jak jakaś impreza, słodyczy nic, chipsów, czegokolwiek takiego. I tak to teraz wygląda: chleb : rzadko- jedynie żytni i tylko, gdy jem tosty, a tak to chlebek chrupki żytni, błonnikowy np kromka do jajecznicy; nie jem pierogów , a było to moje ukochane danie, aż nie mogę uwierzyć, że tak sobie w psychice pozmieniałam; nie jem ziemniaków; jak coś jem to daje masę warzyw np. dwa tosty małe i 1-2 liście kapusty pekińskiej, pomidor, trochę buraczków gotowanych ( nie za dużo, bo przecież indeks glikemiczny - tak samo z marchewką gotowaną ) , papryka itd itd... ; do kawy inki tylko ciut mleka, jem jogurty naturalne ^^ ( ale nie za dużo - np 100g na dzień, do szkoły często tak biorę) ; można by wymieniać i wymieniać. Nie osiągam raczej 1000 kcal na dzień, a ostatnio staram się jeść więcej, bo nie mam wgl sił, czuję się jak zwłoki. Było tak, że jadłam np po 300-500 kcal na dzień. Zero sił, a jeszcze trzeba ćwiczyć. Jak to robić bez zapasów energii? Ciężko jest, ale trzeba.
Zawsze imponowały mi anorektyczki- takie silne dziewczyny, niesamowite! Nie to co ja... Zaczęłam coraz więcej o nich czytać, stosować coraz więcej ich zasad.
Obecnie ważę 44-45 kg przy wzroście 170 cm, nie uważam, aby to było jakoś specjalnie mało, właściwie to już przywykłam do takiego trybu życia, ale ten brak energii mnie dobija, strasznie. Dlatego nieco więcej staram się jeść, bo po prostu nie da się tak dalej. Miałam taki moment, że pomyślałam, iż wpadłam w anoreksję. Cały dzień tylko płakałam , jedzenie mnie obrzydzało. Stwierdziłam, że po co żyć skoro muszę jeść , a nie chcę tego robić? Każde jedzenie to zło, tyjemy od niego, nie chcę go, a jak go nie jem, to czuję się jak trup, co to za życie skoro i tak już czułam się jakbym umarła? Dno.. Ale potem trochę mi przeszło.
Widzę, że zmieniło się moje ciało, jest bardzo umieśnione, a tłuszczu to niewiele, mówią, że wcale, ale wiadomo, że każdy ma, a poza tym bez przesady, nie ważę przecież 32 kg. No i czuję się jak worek, ciągle muszę planować swoje posiłki, godziny, o których mam je spożywać, unikam spotkać, bo przecież zawsze będę tam cierpieć, bo jakież jedzenie dadzą, które jest dla mnie zakazane. Mam swoje fobie z jedzeniem, do tego jestem depresyjnym i wrażliwym człowiekiem. Sama nie wiem czego chcę. Wiem, że mogłabym jeść mniej albo wcale ( miałam już dłuższe głodówki, ale wiem, że to nie jest dobry pomysł na dłuższą metę, bo kiedyś trzeba coś zjeść ) , bo potrafię, ale jak będę tak robić, to nie będę już mieć wgl sił nawet na naukę, a zależy mi na niej. Także z drugiej strony chciałąbym być normalna, bo to nie jest życie- tylko więzienie ( zdarzało mi sie i wymiotować czasem, ale teraz staram się tego unikać, bo to nie działa dobrze na psychikę, a staram się leczyć z tych fobi przed jedzeniem, bo chcę być szczęśliwa ) . No, ale raz jednak uważam, że lepiej być z aną i tak żyć, a innym razem chcę być od tego wolna ( choć nie jestem pewna czy się da już ) . Pilnuję wagi przy tym zwiększaniu jedzenia, bo nie chcę przytyć, dopiero teraz czuję się z ciałem całkiem fajnie. Wcześniej nawet nie zauważyłam, że się zmieniło, ale ludzie zaczęli na to zwracać uwagę. Przyjaciele, rodzina, nawet moja wychowawczyni wezwała mamę do szkoły, bo stwierdziła, że bardzo schudłam i wyglądam już źle. Gdy słyszę , że jestem jak kościotrup, to od razu czuję się lepiej, więc nie chcę z tego rezygnować, poza tym zawsze podobały mi się takie sylwetki, także nie chcę jej zmieniać. A jeśli mogę schudnąć jeszcze, to czemu nie. Tylko ten głupi brak sił, to wszystko psuje. Już nawet zaakceptowałam to, że żyję pod kloszem, bo wszystko mnie tłamsi, nie mogę jeść ukochanych potraw, wgl niewiele mogę... A inni? Najbardziej nie rozumiem czemu niektóre dziewczyny, które są mega chude mogą wpierdzielać zapiekanki ze sklepu na krótkiej przerwie. Jedzą i jedzą wszystko i ile chcą, a są takie mega chude i to mega, nie mówię o tych szczupłych tylko tych mega chudych.
Chyba chciałabym jednak być zdrowa, bo tak się nie da. Moja psychika to dno,została tak zniszczona, że nie wiem jak ją naprawić, a staram się, bo interesuje mnie psychologia.
Tyle mogłabym napisać, ale to zajęłoby mi chyba miesiące. Coś tu wspomniałam. A w taki celu, że może znajdzie się ktoś podobny, kto też chce z tego wyjść albo nie... Sama nie wiem. Ale jeśli znajdzie się ktoś kto chce wyjśc, to może sobie pomożemy, więcej się o sobie dowiemy. A jeśli znajdzie się ktoś kto nie chce wyjść, to może i ja zaakceptuję taką sytuację i będę razem z nią chudnąć, może znajdzie się sposób na brak energii. Nie wiem. Nie wiem wgl nic. Ale od słowa do słowa wiele może się wydarzyć. Także jest tu trochę moich słów, może znajdą się też inne i powstania jakaś reakcja. Na moje życie składa się o wiele więcej, ale to może kiedy indziej. Na raie wspomnę tak dla orientacji, że mam 18 lat, lubię czytać, szczególnie fantastykę, lubię rock, ale nie tylko, lubię oglądać seriale/ anime, rysuję trochę ( choć ostatnio jakoś mniej ) , grałam trochę na gitarze, ale to mało, tak sama z siebie, ale ostatnio straciłam zapał, może jeszcze wróci, gitara będzie czekać. Planuję niedługo kupić lustrzankę i w końcu zacznę zachowywać dla siebie te piękne obrazy świata ( szkoda , że nie zawsze jest taki piękny, tyle bólu... ) Jestem romantyczką, porównuję siebie do Hamleta, coś w tym jest... Mam cudownych przyjaciół, bardzo ich cenię. Staram się uczyć jak najlepiej. Kocham się przytulać. Nie lubię dyskotek, wolę spędzać czas spokojnie, z herbatką ( głownie zieloną i czerwoną-dobre na trawienie i spalanie tłuszczu ) , a pije sporo , bo 3-5 l na dzień. Staram sie odkrywać radość życia i naprawiać siebie, ale nie jest łatwo, Zawsze uważałam się za pesymistkę, ale ostatnio tak bardzo chcę sie ratować, że może coś się zmieniło. Jestem trochę sierotą, ciągle robię sobie niechcący jakąś krzywdę :/ . Chyba boję się ludzi. Jestem humanistką z artystyczną duszą. Empatyczna. Lubię pomagać,słuchać. Do niedawna miałam problem z samookaleczaniem... ale już mnie do tego nie ciągnie, staram się inaczej rozwiązywać problemy. Zamykam sie w swoim świecie i rzadko z niego wychodzę, to że piszę tutaj te swoje wypociny, to dla mnie COŚ, szok wręcz, ale i tak jestem anonimowa, może coś mi to pomoże. Chciałabym mieć chociaż więcej energii, aby normalnie wchodzić po schodach, aby ćwiczenia nie były takie męczące- gdy mam więcej siły ( bardzo, bardzo rzadko tak jest ) to Skalpel jest dla mnie pikusiem , dodam, że robię do niego jeszcze dwa wyzwania Chodakowskiej i tak co dwa dni, zawsze tak samo. Nie można przecież przytyć.
No to zobaczymy, co z tego wyjdzie :)
